RSS
czwartek, 21 lutego 2019

0:0 Barcelony z Lyonem na wyjeździe to kolejny dowód na schyłkową fazę tej drużyny.  Jak można temu zaradzić, w jaki sposób pewni ludzie w klubie powinni przeciwdziałać, by przezwyciężyć te problemy Katalończyków? Co proponują kibice? Jeden z moich znajomych uważa, że jak najszybciej należy przeprowadzić rewolucję kadrową. Zdaje się, że inny wariant, jakikolwiek plan B nie wchodzi w grę, alternatywą może być już tylko permanentny marazm. Tertium non datur. 

Trener Valverde nie wykorzystuje potencjału swoich piłkarzy, co gorsza ostatnio dostał kredyt zaufania od władz klubu i w związku z tym będzie pracował z drużyną z Camp Nou jeszcze przez kilka lat. O zgrozo.
 
Wg jednego z kibiców Barcelony kluby hiszpańskie (szczególnie te topowe) na przestrzeni ostatnich lat funkcjonują w oparciu o dualistyczny model zarządzania, tzn. właściciele działają jak rozkapryszone dzieci, dysponujące na wyłączność kartą kredytową Billa Gatesa, a klub to taki plac zabaw oferujący szereg atrakcji, mogących spełnić ich chłopięce marzenia. Trener jest tu bardziej po to, by nie przeszkadzać piłkarzom. Jeśli już trafi się jakiś szkoleniowiec z temperamentem, swoimi zasadami, które chce kategorycznie wdrażać w życie, to w drużynie narasta bunt przeciwko takiemu trenerowi. Przypominam nieszczęsne losy Rafy Beniteza na Santiago Bernabeu.

 
Przyglądając się działaniom szefostwa klubu z Camp Nou, można wręcz odnieść wrażenie, że pan Bartomeu pragnie chce zarobić krocie, korzystać z profitów do woli, a sam klub traktuje jak instytucję, która jest dla niego fajną skarbonką. To wszystko wiąże się z pewnym mechanizmem funkcjonowania klubu. Zarząd przedłuża kontrakty skończonych już w wielkiej piłce gwiazdorów, oferując coraz wyższą gażę i nietykalność, którą zapewni im status postaci pomnikowych i brak rywalizacji w drużynie. Jak to osiągnąć? Mój kolega uważa, że to banalne – jego zdaniem wystarczy zatrudnić trenera-pomagiera bez charyzmy i pozyskiwać zastępy średniej klasy graczy, których zadaniem ma być usługiwanie ikonom klubu. Ci panowie chętnie zasilą szeregi drużyny, skuszeni bajecznym wynagrodzeniem. A odpowiedzialność i tak spada na tych największych. W Barcelonie dotyczy to Messiego. Przecież nikt nie będzie winił za niepowodzenia Vidala czy Boatenga. Bądźmy poważni…
Ja oczywiście mogę polemizować z tymi tezami mojego rozmówcy, przecież MU odbudowuje się pod wodzą nowego trenera właśnie dzięki temu, że Solskjaer pozwolił grać swoim piłkarzom. Pogba jest w szczycie formy, bo obecny menedżer z nim nie toczy bojów. Spójrzmy na Chelsea, Sarri ma problemy, nie może złapać kontaktu z szatnią, kibice sugerują władzom klubu, by może zatrudnić Lamparda, idąc w ślady Realu z czasów Zidane’a czy dzisiejszego MU. Trener z temperamentem czasami psuje atmosferę w drużynie. Dzisiaj słynna suszarka Fergusona nie dałaby pozytywnych rezultatów. Silny mental to przeszłość, dziś piłkarze są o wiele bardziej wrażliwi. 

Jeśli chodzi o Barcelonę, mój kolega jest zdania, że mobilizacja i kondycja są coraz gorsze, w końcu praw psychiki i biologii nie oszukasz, toteż wyniki sprawiają zawód. Ale obwoźny cyrk lata sobie po całym globie (a to podczas przedsezonowego tournee, a to w kluczowej dla losów mistrzostwa ligowej kampanii), przyciągając rzesze fanów, z których większość o piłkarskich realiach nie ma pojęcia, ale szczelnie wypełnia stadion, by obserwować dawnych mistrzów pamiętających reżim treningowy Guardioli.

 
Barcelona notuje obecnie tak wielkie zyski nie ze względów czysto sportowych, lecz wizerunkowych, wciąż dyskontując splendor, który spłynął na drużynę po triumfach sprzed lat.

 
Ja w ostatnim czasie często polemizowałem z moim zaprzyjaźnionym interlokutorem, oponując, gdy on postulował, by Barcelona zdecydowała się na tę rewolucję personalną? Dlaczego? Ponieważ nie lubię rewolucji, rewolucja kojarzy mi się z bestialstwem jakobinów czy innych bolszewików, moim zdaniem zmiany muszą się dokonywać na drodze ewolucji, stanowcze ruchy są potrzebne w obliczu głębokiego kryzysu, ale nie można pójść za daleko w tym procesie odnowy drużyny. Poza tym w jaki sposób miałaby się dokonać owa rewolucja?

 
Sęk w tym, że dzisiaj La Masia jest jakimś skansenem, reliktem i nie da się sukcesywnie wprowadzać do drużyny nowych graczy z akademii.
 
Regres formy Suareza może szokować, dość powiedzieć, że Urugwajczyk czeka na wyjazdowego gola w LM już trzy lata, w starciu z Lyonem El Pistolero był znowu beznadziejny. Nasz Pistolero z San Siro nieustannie przeprowadza kanonadę, za to barceloński łowca goli zwykle zapomina wyjąć rewolwer z kabury i szamocze się na boisku, wdając się w niepotrzebne dyskusje z arbitrem. Kiedy Messi ma słabszy dzień, ta drużyna jest kompletnie bezradna. To może niepokoić, ale przecież już wszyscy się do tego przyzwyczaili. W tym momencie przypomina się słynny transparent kibiców MU wywieszony przed meczem z Barceloną( uwaga- była to jeszcze Barca Guardioli). ,, No Messi, no problem”. Nic dodać, nic ująć. Dla rywali brak Messiego jest zbawieniem.

 
W tym tekście przedstawiam dwugłos, choć częściowo zgadzam się ze spostrzeżeniami mojego kolegi- kibica Barcelony. Niemniej tym razem on nie zgodził się z moimi argumentami, oto jego opinie: Rewolucja jest konieczna. Guardiola przeprowadził ją, gdy obejmował pierwszy zespół – pozbył się zawodników dotychczas stanowiących jego trzon, zastępując ich młodymi gniewnymi: wtedy dał szansę Messiemu, Pique, Inieście, Busquetsowi.
 
Valverde nie miał tyle odwagi, by dać szansę barcelońskiej młodzieży nie tylko w kopaninie ze szrotem do odstrzału we wstępnych fazach CdR? Pep je cochones, toteż stawiał na „Busiego” i Pedro; później wprowadził do drużyny Roberto, Rafinhę, Bartrę, Cuencę, Jeffrena, Tello…M. Woszczyło, przyznaje, że nie wszystkim z tego grona graczy się powiodło, ale kilku z nich zrobiło błyskotliwe kariery.
 
Mnie wypada się tylko zgodzić, że Valverde jest konserwatystą, który nie chce nic zmieniać w drużynie. Tak się bowiem składa, że trener Barcelony ma już pewną koncepcję, ustalony skład i tego będzie się trzymał, to będzie powtarzał z uporem godnym lepszej sprawy. Kibice mogą się zżymać, ale nic nie zmienią swoją merytoryczną krytyką, która w klubie jest odbierana jako dyskredytacja genialnego szkoleniowca, który da sukcesy Barcelonie. To przecież mrzonki.
 
Namiastkę wielkiego futbolu można teraz obserwować, oglądając mecze MC. Pep Guardiola wciąż funkcjonuje w piłce, ale jednak szkoda nam tej Barcelony, która w pewnym momencie się gdzieś zagubiła w wyniku złych decyzji trenera. Real Madryt jest teraz zuchwały dzięki nonszalancji i braku respektu wobec rywali Viniciusa, natomiast Barcelona jest apatyczna, bierna, nudna. Kiedy to się zmieni? Oby jak najszybciej, bo kibice tego dłużej nie zdzierżą.
 
 
 
niedziela, 10 lutego 2019

Kibice Realu Madryt narzekają na grę swojej drużyny, mimo że w teorii nie mają podstaw ku temu, by krytykować piłkarzy Solariego. Liczba punktów się zgadza, Real wciąż jest w walce o tytuł mistrza Hiszpanii. Wczoraj potwierdził swoje aspiracje, pewnie pokonując Atletico 3:1. To mówi samo za siebie.

To nie jest przypadek. Real Solariego nie zachwyca stylem gry, nie należy do drużyn, które w każdym meczu po wyjściu na prowadzenie chcą błyskawicznie pójść za ciosem, by dobić rywala i ucieszyć kibiców. Futbol to dzisiaj przede wszystkim koncentracja na wyniku. Priorytety zmieniły się w Madrycie. Piłkarscy esteci  już parę razy w tym sezonie się żachnęli patrząc na to, co robią gracze z Bernabeu, ale gdy spojrzymy na liczby, okaże się, że ludzie przychylni Królewskim są może za bardzo wymagający. Przecież ta drużyna się zmienia, jest w fazie przebudowy. Solari żąda od swoich piłkarzy dyscypliny, jeśli ktoś nie chce się podporządkować, musi pogodzić się z rolą wiecznego rezerwowego. Taka przykrość spotkała Isco. Co z tego, że Hiszpan jest graczem błyskotliwym, skoro drużyna dotychczas rzadko miała pożytek z jego umiejętności. Asensio do niedawna miał status złotego dziecka hiszpańskiej piłki, tymczasem niewykluczone, że skończy jak Jese gdzieś na peryferiach wielkiego futbolu. Trener na niego nie stawia, bo gracz z Balearów nie jest tak karny i zaangażowany jak chociażby Lucas Vazquez, który stał się pewniakiem w wyjściowej jedenastce Realu. Ostatnio zresztą odpłacił się trenerowi za to zaufanie golem w El Clasico.

Real pozbył się gwiazdorstwa. Tercet BBC to już historia. Real przestał bić się z Barceloną o to, kto strzeli więcej goli. Dzisiaj piłkarze z Bernabeu bez zadęcia robią swoje. Karim Benzema wyszedł z cienia gwiazd, teraz to on lśni najjaśniejszym blaskiem, jest centralną postacią drużyny, niekwestionowanym liderem. Charyzmą bije go na głowę Sergio Ramos, ale jeśli chodzi o zarządzanie zespołem w trudnych chwilach to Francuz nie ma sobie równych.

W Madrycie skończyły się wymarzone czasy dla gwiazd, toteż Gareth Bale zaczyna mecze na ławce, na Bernabeu bowiem nikt nie jest faworyzowany. Rosną notowania Viniciusa, co jest symptomatyczne. Madryt szuka nowych bohaterów, ludzi, którzy znajdą motywację, by Bernabeu znowu przeżywało chwile chwały po kolejnych triumfach.

Solari ma swoje zasady i nie boi się ich wdrażać w życie. Kibice mogą twierdzić, że jest pragmatykiem, że przedkłada sam wynik ponad wszystko, ale może na finezję przyjdzie czas wkrótce. Na razie Real musi odzyskać swoją pozycję. Solari nie stawia na Marcelo, bo Brazylijczyk mimo swojej aktywności w ofensywnie myli się na potęgę pod własną bramką. Nie ma wytłumaczenia dla jego beztroskiej postawy w defensywie, facet dotąd właściwie nietykalny też może wylądować poza składem, jeśli jego nonszalancja prowadzi do straty goli, a warto w tym miejscu przypomnieć, że to m. in. Marcelo przyczynił się do straty gola w klasyku na Camp Nou w Copa del Rey. Solari nie jest szkoleniowcem, który będzie wyrozumiały dla doświadczonego obrońcy. Miałeś swoją szansę, zmarnowałeś ją, więc automatycznie czeka cię wypad z podstawowego składu. Sam się o to prosiłeś, bym postawił na innych.

W Hiszpanii zapanowała moda na ideę resultadismo. Trenerzy rezygnują z efektownej gry na rzecz wyników. Santiago Solari chyba należy do zwolenników tej koncepcji. Wczoraj zdał swój pierwszy egzamin w roli trenera Realu. 3:1 na stadionie Atletico to wielki sukces dla Królewskich. Oczywiście, błędy sędziowskie wpłynęły na rezultat tej konfrontacji. VAR w Hiszpanii niewiele daje, skandale sędziowskie wciąż są na porządku dziennym. Arbiter we wczorajszych derbach przyznał gościom rzut karny, mimo że faul miał miejsce poza szesnastką, nie uznał także gola strzelonego przez gospodarzy, mimo że była to sytuacja stykowa, trudna do oceny. Kiedy zostawimy te kontrowersje na boku, nadal trudno będzie nam kwestionować klasę piłkarzy Realu. Niby nie grają efektownie, ale wyjeżdżają z Wanda Metropolitano z trzema strzelonymi golami. To już jest godne podziwu. Real jeszcze namiesza w La Liga, w LM też może coś osiągnąć. Niektórzy za wcześnie spisali Królewskich na straty. Real to Real, ta drużyna tak szybko nie złoży broni.

 
poniedziałek, 21 stycznia 2019

W miniony weekend w piłce działa się tak dużo, że nie sposób skupić się na jednej czy dwóch kwestiach. Od czego warto zacząć ten subiektywny przegląd tego, co było najciekawsze w ostatniej kolejce zagranicznych lig? Myślę, że Real zasłużył na to, by w pierwszej kolejności przyznać, że w meczu z Sevillą to w końcu była drużyna, na jaką czekaliśmy w tym sezonie strasznie długo.

Santiago Solari robi w Madrycie rewolucję. Real zmienił swoją politykę o 180 stopni. Nowa koncepcja budowania drużyny w Realu jest zdecydowana. Królewscy na dobre porzucili ideę Zidanes i Pavones, nastąpił radykalny przechył w jedną stronę. Filarami tej ekipy mają być młodzi gracze, a nie gwiazdy sprowadzone za grube miliony. Perez najwyraźniej chce trochę oszczędzić po tylu latach gigantycznych wydatków. Stara gwardia jest już syta, potrzebne są nowe twarze, rewolucja personalna weszła już w konkretne stadium rozwoju Ale co się dzieje z La Fabrica, kiedyś rywale Realu podkradali Królewskim tych canteranos, a dziś w Madrycie mają pod tym względem obraz nędzy i rozpaczy, chociaż w sumie w Barcelonie jest podobnie.

Barcelona od lat sprzedaje wychowanków klubom angielskim i niemieckim, natomiast Real zaczął inwestować w młodzież odkąd drużynę przejął Solari. Barca wypuszcza w świat swoich zdolnych piłkarzy, tym samym nie pozwala im zwykle zaistnieć w seniorskiej piłce. Ale to nie jest jakaś wyłączna przypadłość klubu z Katalonii, przecież MC w czasach rządów naftowych potentatów z ZEA stał się skrajnie kosmopolityczną drużyną. Młodzi Anglicy z prężnie działającej akademii klubu z Etihad nie dostają wielu minut, by błysnąć w pierwszej drużynie, toteż trudno się dziwić, że chcą zrobić karierę zagranicą. Jadon Sancho dziś robi furorę w Bundeslidze, Pep Guardiola jednak ma taki kłopot bogactwa jeśli chodzi o liczbę klasowych piłkarzy w kadrze The Citizens, że może nawet nie żałuje, że pozwolił tak zdolnemu młokosowi przenieść się do Dortmundu. Jeden Phil Foden ostał się w Manchesterze, ale dostaje mało szans, czemu trudno się dziwić, zważywszy na to, że w linii pomocy City brylują wirtuozi pokroju Silvy, De Bruyne, a po skrzydłach śmigają Sane i Sterling.

W tym tekście była już mowa o polityce transferowej Realu, ale może jeszcze bardziej zaskakuje to, co dzieje się w Barcelonie. Transfer Kevina Prince Boatenga to dla mnie szok. Piłkarz znany ze skłonności do nadmiernego korzystania z uroków życia dotąd nie zyskał statusu gracza z najwyższej półki, dotychczas grał w klubach dość przeciętnych, teraz dostanie szansę na Camp Nou. W pewnym sensie powtarza się casus Paulinho, który zanotował epizod w Chinach, by z czasem trafić do stolicy Katalonii. Dlaczego stateczny Valverde zdecydował się na tak szalony ruch? To w sumie może nie jest tak trudna do wyjaśnienia kwestia. Uważam, że trener Barcelony ma słabość do piłkarzy, którzy na boisku chcą umierać za drużynę, dają z siebie wszystko, pasja, furia, niezłomność- to ich specjalność. Takim zadziornym, pełnym determinacji piłkarzem jest Vidal, ale mimo wszystko to chyba gracz z trochę wyższej półki niż nowy pomocnik Barcelony.

Ousmane Dembele nie boi się nikogo, nie czuje wobec nikogo respektu, jest bezczelny. Musiał uznać prymat Leo Messiego w Barcelonie, ale nie chce pogodzić się z tym, że każdy piłkarz Barcy zawsze musi być w cieniu geniusza z Rosario. Wczoraj Dembele wdawał się w dryblingi regularnie, przy czym nie były to efekciarskie próby za bardzo fantazjującego piłkarza, tylko robienie użytku z własnych umiejętności, zyskiwanie przewagi dzięki własnej błyskotliwości. Neymar często ośmieszał rywali, by mieć zabawę. Dembele robi to z korzyścią dla drużyny. Jego gol ucieszył mnie bardziej niż to, że Leo Messi uratował wczoraj Barcelonę, przyczyniając się do strzelenia dwóch goli. To już przecież standard, wiadomo- jak trwoga to do… boga futbolu. Możemy być zadowoleni bardziej właśnie z tego, że w Barcelonie rośnie nowa gwiazda.

Jose Mourinho w weekend miał swoje show w angielskiej TV. Bronił się przed zmasowaną krytyką ekspertów, którzy chcieli zdyskredytować go za ultradefensywną filozofię gry, temperamentny Jose odgryzł się, ripostując, że przecież jego Real sięgnął po mistrzostwo bijąc rekordy zdobytych punktów i strzelonych goli. To fakt, ale dlaczego Portugalczyk wciąż żyje przeszłością. Mam wrażenie, że ten facet gdzieś się zagubił. Nie rozumie futbolu, w którym liczy się banda rozkapryszonych gwiazd i gwiazdeczek. Pogba to specyficzny gość, Mourinho wolał wojowników pokroju Terry’ego, Lamparda czy Drogby, ale to nie zmienia faktu, że trener nie powinien nigdy iść na wojnę ze swoimi piłkarzami, a tak postąpił już były menedżer MU i dlatego już nie pracuje na Old Trafford.

 
piątek, 04 stycznia 2019

Najbardziej znienawidzony trener na świecie kilka tygodni temu opuścił Old Trafford, a gra Czerwonych Diabłych przez ten czas zmieniła się nie do poznania. Dziś Jose Mourinho może patrzeć z zazdrością na rozentuzjazmowaną drużynę Ole Gunnar Solskjaera.

Dlaczego Mourinho musiał opuścić Manchester? To proste, sam się o to prosił, jego histeryczne zachowanie w pewnych momentach mogło wręcz szokować. Osobowość Portugalczyka, jego megalomania i nieumiejętność życia w zgodzie z piłkarzami to czynniki, które przyczyniły się w dużym stopniu do zwolnienia tego menedżera.

The Special One w ostatnich latach zasłużył na miano The Happy One. Dlaczego? Ponieważ pomylił swoją rolę, można powiedzieć, że stał się w pewnym momencie selekcjonerem, wymagał od władz klubu, by sprowadzały mu gwiazdy za grube miliony, po czym wciąż preferował antyfutbol, maksymalnie ograniczając potencjał ofensywnych graczy.

Po Mourinho nikt dziś w Manchesterze nie płacze. Solskjaer dał piłkarzom większą swobodę. Zawodnicy teraz mają wolność, nie są przez nikogo besztani. Norweg nie może pochwalić się wielkim doświadczeniem trenerskim, zatem można zakładać z dużą dozą prawdopodobieństwa, że jego rola w drużynie polega przede wszystkim na nieprzeszkadzaniu graczom. W ten sposób sukcesy odnosił w Realu Madryt Zinedine Zidane, który diametralnie zmienił relacje na linii trener- piłkarze po nieudanej przygodzie z ekipą Królewskich Rafy Beniteza. Teraz w Manchesterze mamy analogiczną sytuację. Nowy szkoleniowiec poprawił atmosferę w drużynie, wyeliminował wszelkie animozje i MU gra na miarę oczekiwań.

Mourinho przez lata odnosił sukcesy, kierując się pragmatyzmem. To już jednak przestało działać, kibice czuli się znudzeni, skonsternowani, gdy widzieli, że ich niesamowicie zdolni piłkarze nie walczą w każdym meczu o strzelenie wielu goli, tylko zadowalają się zwykle jednym czy dwoma.

Mourinho w Realu upatrzył sobie ofiarę wśród legend klubu z Bernabeu. Iker Casillas został skazany na ostracyzm w wyniku osobliwej tendencji tego pana do skłócania drużyny. Na Old Trafford tymczasem padło na Pogbę, to on stał się kozłem ofiarnym, na niego Mourinho zrzucił całą winę za swoje niepowodzenia. Brak umiejętności wzięcia odpowiedzialności za wyniki świadczy bardzo źle o Portugalczyku. Przecież pracuje w piłce nie od dziś, a wciąż ma z tym olbrzymie problemy.

Mourinho odszedł, nagle Lukaku w czterech meczach pod wodzą nowego trenera strzelił dwa gole. Marcus Rashford imponuje błyskotliwością, teraz potrafi wykorzystywać na boisku swoją młodość, to symptomatyczne, że wcześniej był przygaszony. Może Martial, który w momencie największego kryzysu MU w czasach Mourinho, ustabilizuje swoją formę, gdy nie będzie słyszał od trenera wciąż złośliwych uwag… Solskjaer musi odbudować jeszcze Alexisa Sancheza. W Arsenalu był to lider drużyny, w Manchesterze ostatnio stał się graczem notorycznie pomijanym w składzie.

Antypatyczny pan Jose pracował na swoje zwolnienie naprawdę sumiennie. Zastąpił go de facto trenerski nowicjusz i na razie jego uśmiech działa na piłkarzy o wiele bardziej motywująco niż dotychczasowe złośliwości egocentrycznego Portugalczyka.

 
poniedziałek, 10 grudnia 2018

Nie lubię pychy i arogancji. Niestety współczesny sport tworzą głównie ludzie, którzy czują się bogami w tym, co robią. Na szczęście są pewne wyjątki. O jednym z nich będzie w tym tekście mowa.

O kogo chodzi? To największy walczak w Premier League. N’Golo Kante, czyli człowiek, który sprawia, że wielu ludzi podziwia pełną determinacji grę defensywnego pomocnika równie uważnie, co wyczyny strzeleckie najlepszych napastników. Do tej pory Kante był kojarzony z brawurowymi odbiorami piłki, z zatrzymywaniem graczy ofensywnych, jednak nazywanie go zwykłym defensywnym pomocnikiem, byłoby uproszczeniem. Ten niepozorny facet na boisku jest wszędzie, wciąż nieustępliwy, nieuchwytny dla rywali.

Trener Maurizio Sarri preferuje futbol na tak, dlatego przesunął swojego fightera trochę bliżej bramki przeciwnika i w sobotę widzieliśmy efekty tej odważnej decyzji. Niektórzy twierdzili, że Kante jest człowiekiem od destrukcji. Owszem, to prawda. Ale oprócz tego jest to zawodnik, który zdobył serca fanów The Blues, gdy zapakował pod poprzeczkę niesamowitą bombę w meczu z MC. To dzięki niemu Chelsea pokonała mistrza Anglii. Jego cudowny gol może być arcyważny na koniec sezonu. 

Kante udowadnia, że w piłce nie liczą się mięśnie. Żeby być wielkim piłkarzem, trzeba przede wszystkim umieć myśleć i mieć ambicję, wolę walki. Kante to nie tylko wspaniały wojownik, ale też nie wywyższający się ani trochę, skromny człowiek. Dowód? Proszę bardzo. Wszyscy na pewno słyszeli o zmaganiach Messiego i Ronaldo z fiskusem. Kante podobnie jak obaj giganci futbolu mógł oszukać państwo, w klubie doradzano mu, żeby zastosował pewną zagrywkę, by płacić mniejsze podatki, on jednak się na to nie zgodził. I to jest prawdziwa uczciwość.

Historia Kante jest wyjątkowa. To opowieść o piłkarzu, który swoją pracowitością osiągnął już całkiem sporo w futbolu, a przecież jeszcze tak wiele lat grania na najwyższym poziomie przed nim. Leicester wykreowało kilku świetnych piłkarzy, oprócz Kante na uwagę zasługuje jeszcze chociażby Jamie Vardy, który swego czasu opowiadał jak wiele lat temu przygotowywał się do meczów.

Kiedyś ten angielski napastnik codziennie zapijał się wieczorem wódką, a rano robił sobie kawę, by jakoś funkcjonować. Dziś Vardy jest profesjonalistą, gra pierwsze skrzypce w ekipie Leicester. Ten zwykły, szalony chłopak teraz straszy bramkarzy w Premier League, natomiast Kante to dziś top of the top na swojej pozycji, Francuz jest fetowany na Stamford Bridge. To o czymś świadczy.

Kante trzeba podziwiać, bo w dzisiejszych czasach skromność i pracowitość rzadko idą w parze. Cristiano Ronaldo piłkarzem jest wielkim, ale jego samouwielbienie przeraża. Dobrze, że jednak nie wszyscy są tak narcystyczni. Spójrzcie na Ousmana Dembele. Francuz ma spory potencjał, jednak ponieważ notorycznie stwarza problemy wychowawcze, prawdopodobnie nigdy nie będzie wielkim piłkarzem. Neymar za bardzo uwierzył w swoją wielkość. Miał być następcą Messiego, tymczasem na razie na pewno nie jest graczem tego formatu. Kante nadal będzie walczył na boisku, nadal nie będzie oczekiwał wyrazów uznania. Uganianie się za rywalami to przecież jego obowiązek. Jakże mocno kontrastuje z tą postawą Francuza zachowanie Neymara, który dostaje kilkadziesiąt tysięcy euro za to, że po meczu dziękuje kibicom za doping.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 52
| < Luty 2019 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28      
Tagi