Blog > Komentarze do wpisu

Dlaczego kiedy klubowy futbol rozkwita, reprezentacja upada

Stało się! Dziś śmiało można powiedzieć, że Hiszpanie już nie szturmują Europy, oni ją szturmem właśnie wzięli. Pięć drużyn najlepszej ligi świata w Lidze Mistrzów jest miarą dominacji hiszpańskiej piłki na kontynencie. Ale nie wszystko złoto co się świeci, futbol hiszpański rośnie w siłę tylko na pozór, La Roja bowiem obecnie jest największą udręką i chyba jedyną kibiców zza Pirenejów.

Dlaczego kluby hiszpańskie tak łatwo rozprawiają się ze swoimi rywalami w rozgrywkach europejskich? Odpowiedź jest pewnie złożona, ale takim głównym argumentem uzasadniającym wyższość drużyn z najlepszej ligi świata jest zaciąg świetnych piłkarzy, który sprawia niestety, że drużyna narodowa traci swoją moc. Zwróćcie uwagę, że o sile uderzeniowej Barcelony stanowi magiczny tercet z Ameryki Płd, reżyserem gry w drużynie Realu Madryt jest James Rodriguez, czyli Kolumbijczyk, a najsilniejszą linię pomocy tworzą również gwiazdy z importu. Isco i Jese mają co prawda ogromny potencjał, ale wciąż ich pozycja w ekipie się chwieje. Liderem ofensywy Atletico Madryt jest Antoine Griezmann, w Athletic Bilbao grają Baskowie, którym nie w smak jest przywdziewanie barw La Roja. Sevilla w poprzednim sezonie na szpicy miała ustawionego Carlosa Baccę, dzisiaj Jose Antonio Reyes reprezentuje Hiszpanię, ale nie jest to piłkarz perspektywiczny, ma już 31 lat na karku.

Tak więc zdaje się, że zgłębiliśmy problem. Leo Messi, Neymar, Luis Suarez, James Rodriguez, Cristiano Ronaldo. Za mało Hiszpanów gra w Primera Division, czy najlepsza liga świata idzie tropem Premier League, gdzie obcokrajowców jest zatrzęsienie?

Reprezentacja Hiszpanii przez wiele lat była brzydkim kaczątkiem tamtejszego futbolu. Pokolenie Raula Gonzalesa stanowiło symbol niemożności i klęski. Luis Aragones nie wahał się więc pozbyć z kadry ikony Realu Madryt oraz emblematycznego gracza La Roja, by ratować reputację ekipy, która ośmieszała Hiszpanię. Aragones poprowadził reprezentację swojego kraju do triumfu na Euro 2008, ten turniej rozpoczął złotą erę hiszpańskiego futbolu.

Kiedy stery w drużynie objął po wyczerpanym już pracą z reprezentacją sędziwym Aragonesie Vicente del Bosque, od razu centralnymi postaciami zespołu zostali liderzy środka pola z Barcelony Xavi Hernandez i Andres Iniesta. To oni stanowili o sile La Roja. Niektórzy nawet żartowali, że reprezentacja Hiszpanii to taka gorsza wersja Barcy, brakuje w niej tylko największego fenomena współczesnej piłki-Leo Messiego.

Del Bosque szlak przetarł Pep Guardiola. Trener z Santpedor zaraził manią tiki-taki jowialnego wąsacza. Ten niezwykły styl gry stał się znakiem firmowym hiszpańskiej piłki. Hiszpanie długo byli hegemonami w światowym futbolu, ale nagle doznali klęski, która wyznaczyła zmierzch ich potęgi. Mundial w Brazylii był dla nich przeżyciem traumatycznym. Iker Casillas, Xavi Hernandez i Andres Iniesta gwałtownie obniżyli loty i przyczynili się do tej katastrofy. Upadało już wiele imperiów futbolowych, to naturalne, że po okresie sportowej hossy następują lata chude, ale koniec ery Hiszpanów był może najbardziej dobitny.

Del Bosque nadal brnie w ustawiczne posiadanie piłki, które stało się karkołomne. Już wszyscy to przejrzeli i nie mają problemów z zatrzymaniem Hiszpanów. W Barcelonie porzucono ten pomysł, Luis Enrique uzmysłowił sobie, że w nowoczesnej piłce triumf zaczął święcić futbol totalny. Uniwersalność i wszechstronność. Znakomity atak pozycyjny połączony z umiejętnością błyskawicznego przechodzenia do zabójczych kontrataków. To jest przepis na sukces. Jeśli Del Bosque to zrozumie, Hiszpania być może odrodzi się jak Feniks z popiołów, na razie musi cierpieć katusze. A kluby nie zrekompensują wszystkiego, problem jest bowiem głębszy.

środa, 26 sierpnia 2015, bartasek98

Polecane wpisy